We vs Death - We Are Too Concerned Rok wydania: 2006 Gatunek: instrumental, jazz post rock
Kolejny z weselszych, post rockowych zespołów i jego debiut. Nie ma tu patosu i gitarowych eksplozji znanych z klimatów EITS. Są krótkie, rześkie utwory z trąbką. Jednak ten jazzowy nastrój lubi sobie od czasu do czasu przymulić i wychodzi z tego grząskie błoto, które potrafi lać się leniwie przez cały utwór, nieco przynudzając - dlatego uwaga. Ale dla mnie pierwszy utwór jest rewelacyjny. Warto obadać sobie tę płytę ze względu na dość nietypowy gatunek, przyjazny klimat i obecność trąbki.
Dostają +4 zamiast 5 ze względu na te nużące momenty, z którymi kojarzy mi się środek albumu.
M83 - Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts Rok wydania: 2003 Gatunek: shoegaze / electronica
Syczący, shoegaze'owy, zimowy obrazek impresjonistyczny. Treść albumu jest identyczna z okładką. Fani post-rocka jak najbardziej się w tym odnajdą. Szum w uszach.
Coldplay - Life In Technicolor II - teledysk Rok wydania: 2009 Gatunek: pop
Ostatnio znalazłem na Youtube ten teledysk. Utwór ten był już na płycie Viva La Vida, jedynie w wersji instrumentalnej, jako intro do albumu. Teraz został rozszerzony i promuje nową EP'kę - Prospekt's March, która jakkolwiek sama w sobie wypada bardzo blado. Warto dodać, że Viva La Vida to bardzo średnia płyta Coldplay, a sam zespół wkracza właśnie w okres wielkiego chłamu. Ale akurat ten post na szczęście nie dotyczy muzyki - bardziej skupia się na teledysku.
Pierwsze wrażenie - rewelacja. Teledysk kompletnie mnie oczarował, a chłopaki z branży pokazali, że są w stanie wyprodukować bardzo dobry klip do popowej piosenki z MTV. O ile poprzednie teledyski Coldplay to totalna nuda i nie warte uwagi popisy taneczne wokalisty, bądź całego zespołu, to tutaj widać coś zupełnie innego. Udzielająca się wszędzie magia przedstawienia kukiełkowego tworzy razem z piosenką radosny, ciepły klimat. Przebojowość płyty Viva La Vida została ukazana w całkowicie innym, moim zdaniem lepszym świetle. Takie przeniesienie swojego patetycznego wizerunku na lalki to w tym przypadku świetna transformacja, dająca bardziej zdystansowane i cieplejsze spojrzenie na twórczość. Coldplay mógł sobie na to pozwolić, bo grają już od dobrych paru lat i można powiedzieć, że uratowali swój wizerunek sami swoim wizerunkiem. Bo Chris Martin oczywiście na scenie robi salta i szpagaty na co drugim koncercie więc teraz, patrząc na teledysk wszystko wydaje się bardzo sympatyczne, bo jest Coldplay, jest Chris Martin, są wybuchy, ale w postaci tańczących lalek.
No właśnie idąc w głąb, do tej pory Martin i Coldplay zachowywali się właśnie jak na przedstawieniu kukiełkowym, ale to nie jest akurat wywód do którego chciałem dojść na końcu. Ale warto to zauważyć i myślę, że twórcy klipu też to wiedzieli.
Właściwy wywód, do którego chciałem dojść jest taki, że to naprawdę cholernie dobry teledysk. Oglądając go poczułem się znowu jak wielki fan Coldplay i w tym momencie jak gdyby nigdy nic słucham sobie Viva La Vida Loca. Twórcy klipu doskonale wiedzieli jak operować wizerunkiem zespołu oraz zbudować klimat pasujący do piosenki i w ogóle samej twórczości Coldplay. Piosenka sama w sobie jest typowym dla tego zespołu przebojem i bez teledysku jest taka sobie ot średnia. Ale tutaj w ogóle nie chodzi o piosenkę. Mimo tego, że dobrana jest rewelacyjnie - wraz z rozbudowywaniem się piosenki, narasta ekspresja kukiełkowego zespołu. Piszę już tak jakby ten teledysk był czymś całkowicie odrębnym, animacją samą w sobie stanowiącą większą wagę niż muzyka - w tym momencie to zauważyłem. Naprawdę wszystko w tym teledysku jest na swoim miejscu: dziewczynka - fanka z nieoficjalną biografią zespołu pokazująca paluszkiem na gitarzystę; tata z kamerą mówiący "fuck"; dziecko jedzące ciastko; upadający perkusiście hi-hat i podnoszący go członek stafu; sztuczny wiatr we włosach kobiety; miażdżące zakończenie i wyrzucenie pałeczek. Oglądając ten klip czułem się jak jedno z tych dzieci na przedstawieniu, odwiedzające zoo, pierwszy raz w życiu karmiące żyrafę.
I może przesadzam, że jest to taki wspaniały klip i niepotrzebnie się ekscytuję.. Ale mówiąc szczerze - jeden z najlepszych teledysków jakie kiedykolwiek widziałem.
The Samuel Jackson Five - Easily Misunderstood Rok wydania: 2005 Gatunek: instrumental, jazz post rock
Finezyjna nazwa bardzo dobrze oddaje charakter muzyki tej grupy. Są to bardzo pogodne kompozycje na wielu instrumentach z przewagą różnorodnych gitar. Wszystko to jest bardzo świeże, nieprzesadzone, zwiewne i z umiarem. Brak post rockowego hałasu, który lubi się czasami pojawiać na albumach młodych kapel naśladujących Mogwai. Gitary nie pchają się na siebie jak wściekłe. Do tego niezwykle przyjazny, jazzowy klimat i pogodny nastrój.
Utwory na tej płycie są dosyć krótkie, umiarkowanie szybkie. Klasyczny dla gatunku jest tu kompletny brak wokalu i wyeksponowanie bardzo finezyjnej gitary prowadzącej (polecam utwór Michael Collins Autograph) ubarwionej delikatnie brzmieniem smyczków, syntezatorów lub innych dodatków. Dla fanów zespołu Do Make Say Think jest to propozycja na nieco barwniejsze i radośniejsze spędzenie czasu.
Na pewno dobrą cechą tej płyty jest jej zwiewność. Muzyka nie jest przesycona i nie daje uczucia ciężkości. Wszystko jest znakomicie poukładane i nie rozlewa się pomimo dużej różnorodności. Takie właśnie jazzowe pogrupowanie tematów jest widoczne już od pierwszego utworu. Od innych wyróżniają się oryginalną koncepcją na bardzo przyjemne post rockowe granie bez patosu, ale z finezją. Do tego rzadko spotykanym w tym gatunku kształtem "radosnego chilloutu".
Chcąc być ekspertem od gatunków i szufladkowania zespołów, można teraz zadać pytanie, czy w takim razie nie jest to zupełne odejście od tematu muzyki "post", produkt całkowicie innego rodzaju. Zespół pomimo wszystkich egzotycznych motywów mocno trzyma się w kupie i zachowuje elementy post rockowego kanonu. Odnajdziemy tu ulubione przesterowane gitary, głębokie nastroje i budowanie napięcia, więc fani gatunku nie będą zawiedzeni i będą z pewnością potrafili odnaleźć się w muzyce zespołu. Oczywiście wszystko w bardzo jazzowym stylu. Polecam szczególnie słuchaczom znudzonym klasycznym post rockiem.
Followed By Ghosts - Dear Monsters, Be Patient Rok wydania: 2008 Gatunek: eits post rock
Jest to kolejny młody zespół podążający tropem mody. Na tym albumie grają bardzo niepozornie i specjalizują się w shoegazowych ścianach dźwięku, które czasami są bardzo poruszające ale momentami zdają się trochę sypać i denerwować. Przez to ich muzyka ma charakter bardziej eksperymentalny niż ekspresywny.
Ale osobiście - nie takie rzeczy już słyszałem i płyta trochę przynudza. Klimat całości jest raczej spokojny, z miejscowymi zawirowaniami. Bardziej do posłuchania, niż głębszego wsłuchiwania się i szukania dodatkowego sensu w tym wszystkim. Ja w tym albumie odnalazłem bardziej chillout niż rozemocjonowanie.
Album jest bardzo krótki, nieprzesadzony. Dla przeciętnego słuchacza, nie zainteresowanego post rockiem to raczej nuda. Ale dla szperaczy - jak najbardziej, ze względu na ściany, o których pisałem.
Beware Of Safety - Dogs Rok wydania: 2008 Gatunek: eits post rock
Kupiłem to tylko dlatego, że pojawiło się na allegro i było tanie. Krótko mówiąc - zakup w ciemno po przeczytaniu krótkiej recenzji i uprzednim posłuchaniu płyty dwa razy. Jest to jedna z tych kapel, które powstają w wyniku panującej mody na post rock i postanawiają grać tak jak reszta, mając z tego jakąś radość. Zapotrzebowanie na takie kapele jest duże, dlatego Beware Of Safety, które wydało swój pierwszy materiał w 2007, na pewno znajdzie sobie swoich wielbicieli. Takie czasy.
Ale generalnie im więcej słucham tej płyty, tym bardziej jestem z niej zadowolony. Pierwsze skojarzenia - Red Sparowes. Chodzi o konkretną, szklaną gitarę prowadzącą ponad mocnymi, kopiącymi od czasu do czasu riffami. Album przez to jest bardzo dynamiczny, nie ciągnie się i na pewno nie jest męczący. Naprawdę ciężko jest określić nastrój tej płyty bez porównywania do Red Sparowes - At The Soundless Dawn. Słychać wyraźną wzniosłość i tajemniczość. I jest to dosyć porywająca muzyka, spodobała się po pierwszym przesłuchaniu, dlatego właśnie zdecydowałem się na szybki zakup ze względu na dobrą okazję.
Wszystko brzmi bardzo przyjemnie, ale to w dalszym ciągu nic nowego. Podobne motywy znane są z właśnie Red Sparowes albo Isis. I ciężko jest teraz ocenić, czy Dogs jest dobrą płytą. Myślę, że jest na pewno solidnym, wyrazistym kawałkiem chleba, który zasługuje na odrobinę uwagi. Zniechęcać może trochę podobieństwo do innych zespołów i prawie całkowite wyczerpanie tego gatunku przez masę innych kapel, ale myślę, że dla ludzi z poza tematu, jak najbardziej do posłuchania się nadaje. Dla tych obeznanych tak samo, ze względu na wyrazistość, która bardzo elegancko omija przekoloryzowanie i przesyt, a nie pozwala się zbytnio zanudzić.
Ocena: -4/5 Minus za wyczerpany już nieco temat, jaki sobie wybrali.
Zakładam blog o nowej muzyce alternatywnej i ambitnej muzyce popularnej. Zapraszam.
Muzykę znajduję w internecie, słucham na zestawie Cambridge Audio Azur 640C + 540A, kolumnach Bowers & Wilkins S3 602, lub słuchawkach Sennheiser HD 555 albo odtwarzaczu Creative Zen Stone + Sennheiser CX300 w drodze do szkoły.
Muzyka jest obecnie moim największym zainteresowaniem i poświęcam jej najwięcej czasu wolnego.